Isąg Glamping - opinie

4

Miejsce dobre nie tylko na samotny pobyt, ale i tydzień z dwójką dzieci w wieku szkolnym. Tuż obok jest fajna plaża z podświetlonym (!;-) pomostem nad czystym jeziorem (nawet jak pada, warto pójść - wtedy mniej ludzi). Są piłkarzyki, stół pingpongowy, ognisko, a i z pomocą gospodarzy smaczną bezę dzieci mogą same upiec. Dodatkowo mnóstwo zamków krzyżackich, pałaców pruskich w okolicy. Jest i niedaleko jazda konna. A nawet Zatoka Gdańska, o czym gospodarze chętnie zaświadczą. Polecam na doświadczenie namiotowe, a jednak w wygodnym łóżku;-).


5

Od czego by tu zacząć? Zacznę od tego, że zapisuję to miejsce na liście miejsc w których spędziliśmy siedem doskonałych dni naszych sierpniowych wakacji. I wcale nie z powodu słońca, bo świeciło nam słabo albo wcale. Nie miało to dla nas żadnego znaczenia. Znaczenie natomiast miało to, co i kto spowodował, że tak dobrze się tam czuliśmy. Wioska Pelnik, to miejsce z jednym sklepem spożywczo-przemysłowym, do którego nasze glampo-dzieci spacerowały codziennie na wzór i podobieństwo dzieci z Bullerbyn, aby kupić napój Tymbark, powiększając tym samym kolekcję kapsli „z wróżbami”. Dodam, że dzieci z dużych miast przybyły i napój Tymbark znają. A jednak w Pelniku, te same rzeczy smakują inaczej:-) Za płotem obozu jest las. Byli wśród nas tacy, którzy kierowani instynktem, nie zdjąwszy nawet piżamy, przeczesywali runo leśne w poszukiwaniu najszlachetniejszych grzybów. I zawsze wracali usatysfakcjonowani zbiorami. Jedna z dróg przed bramą wjazdową, (zamykaną dla naszego bezpieczeństwa na noc) prowadzi nad jezioro. Jezioro Isąg położone od obozowiska na tyle blisko, aby bez strofowania siebie samych lub innych wrócić po zapomniany ręcznik czy książkę. Plaża jest czysta i zadbana. Mała, a cieszy. Druga droga prowadzi do głębokiego lasu w którym w zależności od upodobań można biegać, jeździć na rowerze, zbierać grzyby lub spacerować. Ile sił w nogach i potrzeby bycia sam na sam ze sobą i naturą. Naprzeciw obozowiska krótka ścieżka prowadzi do domu pani wyrabiającej pierogi w wersji vege i nie vege. Nie zdążyłam nigdy pomyśleć o tym, jak bardzo jestem głodna, a pięknie zlepione kawałki ciasta wypełnione farszem pływały już w garnku. W drugim końcu wsi mieszka inna pani. Od rana do wieczora klei pierogi i wyrabia ciasta. Po dwóch dniach spędzonych w towarzystwie nieznanych nam osób byliśmy już gotowi zamówić całą formę sernika lub jabłecznik. W naszej społeczności zawsze znalazł się ktoś chętny na kawałek lub dwa mocno słodkiego „conieco” Wracam do naszej wspólnej przestrzeni. Do kuchni z salonem. A co tu znajdziecie? Miałam ze sobą trzy swoje książki, ale te, które znalazłam u Karoliny i Macieja „czytały się” znacznie szybciej. Są też planszowki. Karak, Miasteczka Tinis. Bez śladów zużycia, z kompletem pionków i kart. Cieszyło mnie bardzo to, że Gospodarze przygotowali dla glampowiczow sporo pomocnych rzeczy. Zgrabne, małe przenośne farelki na chłodne dni; koce i pledy pachnące świeżością; rozkładane suszarki na mokre ręczniki i stroje; środki odkażające dla osób obawiających się korzystania ze wspólnej toalety; „koszyk-ratuj” z plastrami, środkami odstraszającymi owady, suszarką, nożyczkami i innymi. W pełni wyposażona kuchnia odciążała perfekcjonistów od konieczności myślenia o tym, aby nie zapomnieć o zabraniu z domu otwieraczy do konserw i win, ściereczek czy pojemników do przechowywania żywności. Gdyby komuś nie udało się rano wypić porannej kawy, zapewniam, że krótki czas spędzony przy stole do gry w piłkarzyki przynosi dokładnie ten sam efekt. Mialam obawy, co do tego jak będziemy dzielić to wspólne miejsce z innym, nieznanymi nam osobami. Czy obecność tych osób nie będzie krępująca? Czy nie będziemy zmuszeni do robienia czegoś wbrew sobie? Nic takiego się nie stało. Miałam wrażenie, że rozmawialiśmy i odsłanialiśmy się tylko na tyle, na ile każdemu z nas było to potrzebne. A potem zajmowaliśmy się swoimi bliskimi, swoimi planami, swoimi myślami. Działo się więc tak, że po wspólnym wieczorze spędzonym ramię w ramię w balii udawaliśmy się do swoich zajęć i nikt nikogo nie ciągnął za rękę czy język marząc o tym, aby te przyjemny, wspólny wieczór jeszcze o trochę przedłużyć. Nikt na nikim nie wywierał presji. Nikt nie ustalał grafiku sprzątania kuchni czy korzystania z niej. Nikt nie zgłaszał gospodarzom, że ktoś robi coś „za bardzo”lub „na aby aby”. Może to przypadek. Pomyślna konfliguracja osobowości. Może. Nie wiem tego na pewno. Wiem natomiast, że było bosko. Sprawili to ludzie tam obecni. Sprawiła to natura. I gospodarze, którym udało sie to miejsce przygotować w taki sposób, że Spokój i harmonia wypełniły moje uszy, oczy i serce po same brzegi. Dzięki serdeczne za wszystko! Joanna


4

7 dni nicnierobienia w pelnikowej strefie bez zasięgu, czas na rozmowy, przytulaski, dumanie. Mindfulness na Warmii i pełen chill. Miejsce z potencjałem do rozwoju. Życzliwa wskazówka - momentami brakowało gospodarskiej czujności.

Gospodarz: Karolina i Maciek
2021-08-09

Dzięki:) To prawda, musimy dopracować wszystko tak, żeby nie musieć być zawsze na stand baju z drewnem, balią, żaglówką itd Sala do jogi powstanie na pietrze! myślę, że już w przyszłym roku:) Do zobaczenia:) Koniecznie z Juką. Cmok