Japońskie bento to nieskomplikowane danie często pakowane do pudełka, by zabrać je ze sobą na lunch. Skomponowane w zestawy pełne smaku i koloru, nie tylko cieszą oczy, są też źródłem kulinarnych uniesień. Bento boxes są małe, zaskakujące i dają wiele możliwości. Niczym dwa drewniane domki, do których dojedziecie w 25 minut z Warszawy. Mają niewielkie rozmiary, lecz są kompletne w każdym szczególe. Mieszczą królewskich rozmiarów łóżko z górą poduszek, kuchnię i łazienkę z prysznicem. Są w nich książki, planszówki, stolik do ucztowania lub pracy, rozgrzewający kominek, okna na naturę, a przed nimi tarasy. Możecie przyjechać w pojedynkę lub w duecie po oddechy lasem, śniadania w łóżku, kolacje na tarasie i bose spacery po łące lub ściółce. Ulubiona playlista przegrywa tu z odgłosami natury, dzień można spędzić w pościeli albo wsiąść na rower i pojechać do rezerwatu, gdzie być może spotkacie łosia. Wpadnijcie na zadupie, które omijają wszystkie drogi, i sprawdźcie, jak się tu odnajdziecie.
W jednym z dwóch drewnianych domków na skraju lasu — i już przy rezerwacji wybieracie nie tylko termin, ale i krajobraz, w którym się obudzicie.
Bento One stoi na dzikiej łące nad stawem. Wieczorem żabi koncert, rano mgła nad wodą, w ciągu dnia niebo, którego nic nie zasłania. W bezchmurną noc widać stąd gwiazdy, których nad Warszawą prawie nigdy nie widać.
Bento Two schowałem w lesie. Hamaki między sosnami, cień w upał, zapach igliwia po deszczu i wiewiórki, które uznały taras za swój. Nie dyskutuję z nimi.
Domki nie stoją obok siebie, nie są zwrócone w swoją stronę i każdy ma własny, niezależny wjazd z innej drogi. Możecie przyjechać dwiema parami i przez trzy dni nie wejść sobie w kadr. To miejsce dla dorosłych — cisza jest tu daniem głównym, nie dodatkiem.
W środku łóżko king-size z górą miękkich poduszek (latem lniana pościel, zimą bawełna egipska), aneks kuchenny i łazienka z prysznicem. Szwedzka toaleta separacyjna, działa bez wody, po pierwszym użyciu nikt o niej nie myśli.
Klimatyzacja chłodzi latem i grzeje zimą, więc o temperaturę nie musicie się martwić — kominek rozpalacie dla przyjemności, nie z konieczności. Duże okna sprawiają, że to, co w środku, płynnie przechodzi w to, co na zewnątrz; granica gubi się gdzieś w połowie tarasu.
Telewizora nie ma. Są za to książki i planszówki: domino, jenga, kto to jest i eksplodujące kotki.
Dzień może wyglądać tak: nie wyściubić nosa z łóżka do południa, owinąć się kołdrą i zacząć go na tarasie, po śniadaniu rozłożyć się z książką albo podcastem, a po południu pójść do lasu po grzyby. Zwykle po pierwszym dniu telefon leży ekranem do dołu, a wieczór kończy się przy ognisku, które trwa o godzinę dłużej, niż planowaliście.
Z Wilanowa jedziecie 25 minut. Bez auta też dacie radę: dojeżdża tu komunikacja miejska z Warszawy, przystanek jest 300 metrów od domków.
Nie obiecuję atrakcji. Obiecuję, że przez kilka dni nikt nie będzie od Was niczego chciał.
Kuchnia jest w rozmiarze mini i ma wszystko, czego potrzeba: dwupalnikową płytę indukcyjną, lodówkę, komplet garnków i patelni. Dla tych, którzy nie zaczynają dnia bez kawy — a tu pije się ją na tarasie — czekają Chemex, Aeropress i kawiarka.
W sezonie dzielę się plonami z ogródka: pomidory, ogórki, zioła. Po jajka idziecie do pana Edka, dom na skrzyżowaniu po prawej stronie. Lasy dookoła są pełne jagód i grzybów, a jeśli macie ochotę na jedno i drugie, ale nie na zbieranie, w okolicy znajdzie się ktoś, kto zrobi to za Was.
A gdyby gotować się Wam nie chciało — diety pudełkowe dowożą tu bez problemu.
Przez pierwsze pół dnia prawdopodobnie tak — i to jest w porządku. Potem plany zaczynają się rodzić same, zwykle gdzieś przy drugiej kawie.
Najprostszy z nich to spacer. Na łąkach nazbieracie bukiet, w lasach jagody i grzyby, po drodze spotkacie sarny, a przy odrobinie szczęścia łosie — zaskakująco blisko stolicy jak na łosia. Kilometr od domków Mienia robi się płytka, bardziej struga ciągnąca się przez pola niż rzeka, i to właśnie tam wychodzi wyśmienity piknik.
Dwa rowery czekają na miejscu — na dwóch kółkach można tu zresztą przyjechać: pociąg do Halinowa, a potem prosto pod las. Gmina Wiązowna jest połączona ścieżkami z Halinowem i Józefowem, a z Duchnowa przez Pęclin, Dziechciniec, Malcanów i Lipowo aż do Glinianki biegnie 12-kilometrowa trasa. Na dłuższą wyprawę obierzcie za cel rezerwat na torfach w Karczewie albo Bagno Bocianowskie. Głodni po drodze: Barek na Dakowie, El Camino Arizona and Mexican Bar oraz łowisko i smażalnia Niebieski Zakątek (wszystkie sezonowo). Mapa tras jest na tuwiazowna.pl/szlaki-turystyczne.
Mienia wpada do Świdra, a Świdrem da się spłynąć kajakiem. Obie trasy do Józefowa — z Wólki Mlądzkiej i z Woli Karczewskiej — są łatwe więc poradzą sobie także początkujący. Część koryta wraz z pasami brzegów objęta jest rezerwatem Świder, otwartym dla ruchu turystycznego.
W Kącku jest kąpielisko z trzema stawami po dawnej kopalni piasku. W weekendy bywa tłoczno, w tygodniu znajdziecie tam sporo przestrzeni dla siebie, a jesienią i zimą działa przy nim sauna plenerowa.
W Rudzie, ciągną się po horyzont stawy rybne — miejsce odludne i naprawdę zjawiskowe.
Konie znajdziecie w Fundacji Horses and Family, ratującej konie i kuce, gdzie można się uczyć jazdy albo trenować.
Wędkarzom podpowiadam łowisko u Sokołów, bardzo blisko domków.
A jeśli żaden z tych planów nie chwyci, trzymam rękę na pulsie w kwestii tego, co dzieje się w okolicy — może akurat trafią się warsztaty serowarskie albo nocna obserwacja nietoperzy. W Kącku dzieje się więcej, niż sugeruje brak deptaka.
A co dla pracujących i chillujących?
Światłowód jest szybki, zasięg pewny, a widok za oknem lepszy niż w każdym biurze, w jakim pracowaliście.