Sprawdź naszą szukajkę na jesień, Boże Narodzenie i Sylwester! >>>

8 pensjonatów dla tych, co nie żartują z jedzenia. Nigdy.

  

 

Zapraszamy do magicznego świata, gdzie zwierząt nie karmi się antybiotykami, jajka są od szczęśliwych kur, warzywa rosną we własnym tempie, w owocach zdarzają się robaczki i chodzi o odżywianie gości, a nie ich karmienie. Wszyscy opisani przez nas Gospodarze używają lokalnych produktów, ich potrawy bazują na porach roku, a w niektórych opisanych kuchniach na zapiecku siedzi duch starego Chińczyka i podpowiada jak jeść i żyć.

Takich miejsc jest w Polsce dużo więcej. Znamy ich adresy. Musicie nam wybaczyć, że nie zmieściliśmy wszystkich w jednej części. Poprawimy się niebawem, przygotowując część drugą. A może i trzecią. 

 
 

Niby takie Ciche Wody, a kulinarne brzegi rwie z siłą wodospadu. Nie znacie? Błąd! Farma znajduje się na Mazurach i zapamiętajcie dobrze tę nazwę o Wy, którzy lubicie wiedzieć z jakich źródeł pochodzi Wasze jedzenie. Wołowina i jagnięcina jest z własnej zagrody, a ta ostatnia nie byle jaka, bo z owiec rasy Scudde. Aż się rwiemy do opowieści jak ta endemiczna rasa typowa dla Prus Wschodnich dotarła do gospodarstwa Wojtka i Ani jako darowizna od rządu niemieckiego, ale nie będziemy odbierać gospodarzom przyjemności własnej narracji. Zjecie chleb wypiekany z własnego zboża, jajka od własnych kur, zagrodowego kurczaka, sery z mleka od krów sąsiada, a warzywa i owoce z własnych upraw. Do tego mnóstwo własnych ziół.

„Kochamy Ciche Wody! Kochamy Anię i Wojtka! Najlepsze miejsce na totalny reset, najlepsze miejsce na wypad we dwoje, najlepsze miejsce na rodzinne wakacje. Jedzenie - czysta rozkosz. Miejsce magiczne i wyjątkowe!”

Zdaniem Slowhopa: Uwaga, nawet jeśli nie będziecie nocować w Cichych Wodach, wpadnijcie tam na jedzenie. Gospodarz prosi tylko o wcześniejszy telefon.

O Villi Grecie pisaliśmy tu i wygląda na to, że jeszcze będziemy mieli przyjemność to robić. Gault & Millau regularnie wpada tu po tajniacku i zostawiają swoje czapki, a Slow Food Polska namaszcza Gretę oficjalną pieczątką. Filozofia kuchni w Grecie prostsza być nie może. Podawać jedzenie w oparciu o to, co daje ziemia o konkretnej porze roku i dostawy od lokalnych gospodarzy. Mamy więc w Grecie mięso od pana Waldka, pstrągi z Bolkowic, mleko i sery od sąsiadki, a warzywa i owoce z własnego ogródka. Do tego piwo z browaru w Lwówku Sląskim i sytuacja jest taka, że od północy człowiek się cieszy na poranne śniadanie, a od południa rozmyśla o obiedzie.

„Wspaniała atmosfera i niesamowici gospodarze. Ale największym zaskoczeniem była kuchnia! Krem z pokrzywy z przepiórczym jakiem i delikatne polędwiczki z grzybami to moje odkrycie roku. Miejsce "must have" nie tylko dla smakoszy.”

Zdaniem Slowhopa: Restauracja znajduje się w sali kominkowej Villi Grety i możecie do niej wpaść na jedzenie, jeśli nawet nie udało się Wam zarezerwować noclegu. Dajcie znać wcześniej o alergiach i preferencjach (wege, bezgluten, bezlaktoza, czy bezczegos innego).

Jeśli dumnie nosicie tytuł gastroturysty, a nie słyszeliście o Szynce Dylewskiej to nic nie wiecie o jedzeniu. No sorry. Kto prawdziwie podąża za strawą był na Mazurach u Dagmary. Szynka Dylewska dojrzewająca z Kalinówki, zebrała już tyle nagród, że spokojnie może konkurować z działem “puchary” w Decathlonie. Kto mięso jada, zrozumie nasza zachwyty. Tego trzeba spróbować, a następnie poprawić rybką świeżo wędzoną albo kiszonkami z kalinówkowej spiżarni. Widzieliśmy tę spiżarnię i niech nas kule biją, ile tam jest dobra. Dagmara idzie w setki słoików, na półkach leżakują kiszonki, suszonki i konfitury, wszystko do spróbowania po przyjeździe. I tu ważna informacja: dom jest w całości do wynajęcia, ale nie jest oddawany gościom na czas pobytu. Gospodarze będą czekać na Was z pełną lodówką i głową pełną pomysłów, co by dla Was upichcić. Szykujcie brzuszki.

„Wyjątkowe miejsce. Piękno przyrody, możliwość obserwacji dzikich zwierząt, stylowo urządzone przestronne wnętrze, a do tego przepyszne jedzenie. Po prostu idealne! Jeśli ktoś woli gotować to znajdzie tam w pełni wyposażoną kuchnię, ale osobiście polecam obiadokolacje serwowane przez p. Dagmarę. Podróżowaliśmy we 2 rodziny, z czwórką dzieci w wieku od 1 do 13 lat - nikt się nie nudził. Nikt też nie chciał wyjeżdzać a dzień po powrocie zarezerwowaliśmy kolejny pobyt :)

Zdaniem Slowhopa: Podczas pobytu w Kalinówce można zamówić sobie pokaz wędzenia ryb przez Bruna, które następnie (jeszcze ciepłe) można skonsumować. Domek dla 12 osób + zwierzaki.

 

Takie miejsce na Pojezierzu Drawskim, gdzie goście zaczynają klaskać na widok pierogów z mięsem, kaczka wywołuje łzy wzruszenia, a goście zza Odry wywożą do domu kaszę gryczaną jako pamiątkę z podróży. Karpno jest jednocześnie gospodarstwem rolnym, więc drób, wieprzowina i króliki są po prostu eko, rosną we własnym tempie i dokonują żywota dopiero wtedy, kiedy nadchodzi ich naturalna pora. Jeśli więc chcecie poznać prawdziwy smak mięsa i jego prawdziwy kolor, posmakować wyrabianych na miejscu wędlin, doświadczyć smaku prawdziwych jajek - wpadajcie do Karpna. Jest też sporo opcji dla wegetarian, a o wszystko dba bogini na kuchni - pani Teresa.

„Cudowne miejsce ze wspaniałymi ludźmi i fajnymi konikami. Bardzo smaczne jedzenie. Dokoła cisza, spokój i przepiękne tereny - łąki, pagórki, jeziora, lasy.”

Zdaniem Slowhopa: Pojezierze Drawskie jest naszą małą tajemnicą. Jeździmy tam na grzyby i po drahimski miód, jeden z najlepszych w Polsce. Spodziewajcie się prostej, domowej kuchni, opartej na ekologicznych produktach.

Fajne miejsce ma nas chyba dosyć, bo pisaliśmy o nich tu i tu, a teraz znów. Zaryzykujemy jednak i bezczelnie nadmienimy, ze w sumie nie wiemy, czy Gospodarze potrafią gotować, ale mają sąsiadkę, która jest w tym niezrównana. Ewa Pe to blogerka kulinarna, mistrzyni wegetariańskiej i wegańskiej kuchni i jeśli ktoś chce wyjść poza schemat koszyka śniadaniowego w Fajnym Miejscu, to Ewa Pe będzie tą heroiną, do której wznosi się modły o kolację. Kolejne miejsce, które znalazło się w żółtym przewodniku Gault & Millau.

„Nie da się nie wspomnieć o po prostu GENIALNEJ kuchni Ewy Pe, jak i warsztatach, które postanowiliśmy odbyć zaraz po spróbowaniu pierwszego dania w wykonaniu Ewy. Polecam wszystkim, którzy marzą o wypoczynku na łonie natury. Wrócimy na pewno i polecamy z całego serca!”

Zdaniem Slowhopa: W menu jest torcik z daktyli i orzechów nerkowca, cuda z pokrzywy i sałatka ze stokrotek i bratków.

Na Mazurach Zachodnich znajdziecie efekt pasji do zdrowego jedzenia. W Folwarku Miłkowiec mają na to papiery od Unii Europejskiej. Bez chemii, ulepszaczy, wspomagaczy. Celują głównie w warzywach i owocach, są mistrzami kiszonek, a ich wyroby można kupić na ekologicznych targach w Warszawie.

„Dziczyzna,ryby, owoce i warzywa własnej uprawy - pycha! Weganie też nie będą chodzić głodni. Wspaniałe miejsce by odpocząć i oderwać się od rzeczywistości, które docenią również dzieci głównie za sprawą zwierząt na folwarku ale i za sprawą czasu spędzonego z rodzicami na totalny luzie. Szczerze polecam”

Zdaniem Slowhopa: Gwiazdą w Folwarku Miłkowiec jest pan Zbigniew. Przepis na rosół w jego wykonaniu jest jak kojąca muzyka. Wpadajcie po więcej na Facebook Folwarku Miłkowiec.

Znów Mazury, tym razem okolice Węgorzewa. Tu znajdziemy kuchnię makrobiotyczną, która czerpie ze starożytnej chińskiej medycyny i ma nie tylko odchudzać, ale detoksyfikować. Jeśli więc zważacie na swoje zdrowie nieco bardziej - koniecznie wpadnijcie do Bocianowa. W menu kuchnia pięciu przemian w wersji wegetariańskiej, wegańskiej i tradycyjnej. Gościniec bierze też udział w programie "Menu bez glutenu". Zjecie tu: krem z pokrzywy z prażonym ziarnem słonecznika, rosół z kaczki z grzybami shiitake i gryczanym makaronem soba albo młode fioletowe ziemniaczki pieczone z czosnkiem i kminem rzymskim. Mniam.

„Cisza, spokój, piękne jedzenie, piękny ogród i fantastyczny zwierzyniec - psiaki, alpaki i koty. To miejsce ma w sobie ten rodzaj prawdy, który pozwala się poczuć jak w odwiedzinach na wsi u kogoś bliskiego.

Zdaniem Slowhopa: Mają alpaki i można je głaskać!