10 NAJLEPSZYCH RENOWACJI ZE SLOWHOPA

czyli jak odnowić stary budynek w najlepszym stylu

  

 

Ile to trzeba mieć w sobie miłości do przeszłości, żeby wznosić z popiołów to, co już prawie zabrał czas. To jest zadanie dla pasjonatów, którym nie straszne brzozy w rynnach, woda w piwnicy i nieustający remont. I to w zasadzie o tym jest to zestawienie- o ludziach, którzy mają nadprzyrodzone zdolności do ratowania rozpadających się pałaców i chat z dziurą zamiast dachu. Jesteśmy ich zapałem i siłą niezwykle wzruszeni. I wdzięczni. Zapraszamy na 10 najlepszych Slowhopowych renowacji. Może się zainspirujecie. W Polsce czeka jeszcze kilka ruder z potencjałem.

 


Zaczynamy z grubej rury bo za ten lifting Dzikie Róże dostały nagrodę w polsko-niemieckim konkursie Zabytek - nie zapomnij, na najlepszą renowację w duchu eko na Dolnym Śląsku. 15 minut - tyle potrzebowali na decyzję o zakupie starej chaty i stodoły z chylącym się dachem. Znajomi pukali się w głowę, a oni wzdychali nad widokiem i półhektarową działką. I właśnie - to jedna z najstarszych chat na Slowhopie. Gospodarze myśleli, że ma może z osiemdziesiąt, no najwyżej sto lat, tymczasem ona ma pięćset! Pierwsza wzmianka o jej istnieniu nosi datę 1540. Czyli sufity niskie, prawdziwe piece kaflowe, stare deski, skrzypiące podłogi i słabe wyciszenie. Musicie się z tym pogodzić albo od razu zejść jej z drogi. Zamiast równać z ziemią zabrali się za odnawianie i to takie najbliższe slowhopowemu sercu. Zamiast kupować - zbierali i naprawiali. Gromadzili stare materiały budowlane pozostałe po rozbiórkach, łazili po skansenach, kupowali wiekowe meble na targach staroci. Remont trwał 3 lata, a o przebojach z nim związanych możecie poczytać na ich blogu. Chylimy czoła, bo wyszło pięknie. Dziś mają dla gości stuletni działający prysznic, ludowe, zabytkowe meble (najstarsze pochodzą z XVII wieku) i pół hektara działki, na której Magda może realizować swoją ogrodniczą pasję. W ogrodzie rośnie kilkadziesiąt odmian róż, które uwielbia gospodyni i od których wzięły nazwę Dzikie Róże. Ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wspomnieli o jedzeniu. Magda i Rafał potrafią w karmienie i możecie być pewni, że znają pochodzenie wszystkiego, co włożą wam do ust. Jest wegetariańsko i obłędnie pysznie, posiłki dowozi czadowa winda, która w poprzednim życiu była podnośnikiem do zboża, a jada się przy wspólnym stole w jadalni połączonej z salonem. Do tego permakulturowy ogródek i własna farma fotowoltaiczna, czyli można piać z zachwytu.

„ Obudził mnie najniezwyklejszy wschód na świecie. Ale ponieważ spało się super, nie podjęłam próby sięgnięcia po telefon z aparatem, zachowuję w pamięci. Tak jak śniadania i jedzenie od Moni. Dzikie Róże mają fajnych gości, nie szło się rozstać po śniadaniu i kolacji. Sama okolica jest genialna, codziennie robiliśmy coś innego i wymienialiśmy sie z innymi gośćmi wrażeniami. No i te wnętrza z opowieściami o szczegółach! Oraz 100-letni prysznic. Super doświadczenie i dziękujemy @Magda i Rafał (jajeczniczka z rydzami pyszka!) ”

Zdaniem Slowhopa: Do wzięcia jeden apartament i cztery pokoje w domu z potężnym kawałkiem historii. Wspaniale socjalizujące miejsce i gospodarze, którzy mają wiele do opowiedzenia. Co musicie wiedzieć na wstępie - dom jak każdy staruszek, ma słabe wyciszenie. Pokoje na parterze wychodzą na wspólny salon, więc jeśli jesteście z tych co śpią na ślinę, ubezpieczcie się w zatyczki, nie chodźcie spać przed innymi, albo wybierzcie dom na wyłączność. Koniecznie z wyżywieniem. Pasjonaci historii będą zachwyceni.

Tu był sklep. Serio. I tak miało nazywać się to miejsce, ale to mogli złapać tylko lokalsi. No więc był sklep, gospodarze znaleźli w upadłej chatce nawet jego ślady. Potem domek kupiła rodzina Maćka i tak stał przez 20 lat w zapomnieniu. Potencjał był ogromny, ale brakowało zapalnika. Sąsiedzi z okolicy podobne chaty równali z ziemią i stawiali w ich miejscu identyczne, betonowe molochy. Oni nie chcieli o tym nawet słyszeć. I w końcu on aktor, ona architekta i konserwatorka zabytków, czyli do remontu tak jakby duet doskonały, sprzedali mieszkanie w Krakowie, zakasali rękawy i wzięli się za naprawianie należącej do rodziny, 80-letniej chaty. Początki? Brak ważnej ściany nośnej, brak fundamentów, brak wody, kanalizacji, gazu i przeciekający dach. Polskie ekipy budowlane uciekały w popłochu. Na szczęście w okolicy udało się zorganizować speców z Ukrainy, którzy podobne ruiny ratowali na rodzimej ziemi. Mówili, że zrobią i zrobili. Remont trwał prawie dwa lata. Karpacka chata z lat 30 ubiegłego wieku, zachowała oryginalną bryłę i materiały. Najstarsza jej część- dawna bacówka, w której Maciek na polecenie Magdy własnoręcznie wymieniał fragmenty spróchniałych desek, dziś pełni funkcję rowerowni i narciarni. Wśród elementów wystroju stare narty znalezione na miejscu, rodzinne pamiątki, odrestaurowane meble, a nawet krzesełko ze starego wyciągu na Skrzyczne. Póki co goście mogą zamieszkać na parterze domku, bo piętro jeszcze czeka na lifting. I właśnie - polecamy wspaniały zapis wideo z przebiegu renowacji tj. "Poradnik budowlany” do zobaczenia na facebooku Gospodarzy.

„ Dom wykończony ze smakiem i pomysłem, widać, że odrestaurowanie go wymagało wiele wysiłku. Świetne miejsce wypadowe na wycieczki piesze i sporty górskie a po powrocie przytulne schronienie na odpoczynek. Polecam szczególnie tym którzy chcieliby wynająć cały dom na wyjazd z rodziną lub przyjaciółmi - trzy wygodne pokoje, dwa z nich z aneksami kuchennymi a do tego rewelacyjna cześć wspólna, gdzie można spotkać się przy dużym stole z widokiem na góry. Bardzo miły właściciel, chętnie doradzi i pomoże. ”

Zdaniem Slowhopa: Genialne miejsce dla aktywnych narciarzy, skiturowców, rowerzystów i tych, co lubią ruszyć się z miejsca. Gospodarze podpowiedzą co i jak, a nawet zorganizują dla was nocne wyjście skiturowe na Skrzyczne albo warsztaty rowerowo-biegowe. Dom stoi przy drodze ale jego ściany są dodatkowo wyciszone, żebyście mogli spać jak susły. Do wzięcia w całości dla 12stki lub na apartamenty (dwa z aneksami). Miejsce psiolubne. No i wpadajcie z dzieciakami!

Dawny dworzec kolejowy ze wspaniałym love story w tle, o którym wspominaliśmy ostatnio w tym zestawieniu. Ale nie o miłości mieliśmy tym razem. Dworzec wybudowano w 1897 roku w Prakwicach w prezencie dla ostatniego cesarza Niemiec- Wilhelma II. Miał on służyć rzeczonemu za rezydencję, gdy wpadał w te strony na polowania. A co dokładnie robił i gdzie wpadał poczytacie na profilu - bardzo polecamy. Dworzec w staronorweskim stylu, ulubionym stylu architektonicznym cesarza, w wielu miejscach swoimi ozdobnymi elementami nawiązuje do kultury Wikingów. Po I Wojnie Światowej budynek przeniesiono trzy stacje dalej, do Budwit i tam rozbudowano. Od roku 1999, kiedy ze stacji wyjechał ostatni pociąg, dworzec popadał w zapomnienie. I tu wchodzi Magda i Rafał cali na biało. Gospodarze od lat zajmują się konserwacją zabytków, więc wiedzieli jak ten wspaniały budynek odratować, nie odbierając mu dawnego uroku. Prace konserwatorskie trwały w sumie 5 lat. Udało się zachować 90% oryginalnej elewacji, odkryto dekoracyjny strop schowany pod warstwą sufitu, a zabytkowe drzwi nadal pełnią swoją funkcję. W środku można poczuć XIX wiek, odrestaurowany, odświeżony, ale wciąż XIX. Są ozdobne rynny zakończone smoczymi głowami, zdobione klamki, a dawna poczekalnia kolejowa na powrót stała się cesarską sypialnią. Do dworca doprowadzono wodę i podkręcono hedonistycznymi nowinkami - podłoga jest ogrzewana, a w ogrodzie stoi sauna i ogrodowa balia. O tej wspaniałej renowacji pisali już nawet w gazetach i trąbili w TV. My bardzo kochamy. I polecamy. 

„ Fantastyczne miejsce - spędziliśmy w nim Święta Bożonarodzeniowe w doskonałej atmosferze. Dworzec oddaje ducha Cesarza Wilhelma - pięknie zaaranżowane wnętrze, przystrojone przez właścicieli w najdrobniejszym detalu w świąteczne ozdoby. Dom bardzo ciepły, nie tylko za sprawą pięknego wystroju ale również funkcjonalności - podgrzewana podłoga, klimatyczny kominek, w pełni wyposażona kuchnia ... w której nawet upiekliśmy ciasto! Wisienką na torcie jest sauna fińska i beczka z lodowatą wodą - rewelacja! Na koniec możemy pochwalić również catering polecany przez właścicieli ... który sprawił że Święta były prawdziwą ucztą w pysznym, mazurskim wydaniu! Dziękujemy ... i wrócimy :) ”

Zdaniem Slowhopa: Najbardziej fascynujący dworzec w tej części Polski. Gospodarze z ogromną starannością przywrócili mu dawną świetność. Można wziąć w posiadanie na wyłączność, rozsiąść się przy kominku, przespać w cesarskiej sypialni i nigdy nie wyjść z zachwytu. My nie wychodzimy.

Mamy słabość do wszystkich co biorą się za zrujnowane pałace, ile to kosztuje krwawicy wie tylko ten, który tego doświadczył. No naprawdę trzeba kochać tę robotę. Marcin kocha. Za Piszkowickim Pałacem wrócił nawet z Kanady do Europy. I tu wypada napisać do czego wrócił dokładnie. Do dziurawego dachu, samosiejek w rynnach i potężnego ogrodu usłanego śmieciami. Barokowy Pałac wzniesiono na dworskich fundamentach w XVIII wieku. Do początku XIX w. mieszkała w nim rodzina von Haugwitzów, później pełnił rolę szkoły podstawowej. Po upadku komunizmu zmieniał właścicieli, aż szczęśliwie trafił w ręce Marcina - pasjonata antyków, z wykształcenia nauczyciela historii. Marcin z chirurgiczną dokładnością przywraca pałacowi jego dawny blask. Stara się by wszystkie elementy pasowały do barokowych wnętrz: są piece przywiezione z Niemiec, zabytkowe meble, a nawet kafle wyłowione ze śmietnika w Saksonii. Materiały do renowacji ściąga skąd popadnie, ogłasza się na Facebooku, a potem jedzie na drugi koniec Polski po kawałek podłogi. Swój człowiek. Choć efekty renowacji już są imponujące, część pomieszczeń czeka na swoją kolej. Wspaniałe miejsce, w którym czuć pasję gospodarza i ducha zamierzchłych czasów. 

„Mistrzostwo świata to właśnie ta myśl która przychodzi nam do głowy jako pierwsza :) Piękne, kameralne miejsce, cudowni gospodarze którzy stworzyli miejsce niezwykłe. Mieszkając w Pałacu czuliśmy się jak w domu, nieskrępowani korzystaniem z odnowionej (w doskonałym stylu) przestrzeni wspólnej czy przestronnego, bardzo komfortowego pokoju (mieliśmy przyjemność gościć w błękitnym). Cisza, piękny widok za oknem, dopieszczony w każdym szczególe ogród (czuliśmy się w nim jak w Toskani). Z resztą w całym pałacu mamy wrażenie, nic nie jest przypadkowe, każdy detal dopracowany. Ciepła i przytulna atmosfera, kominek, muzyka w tle. Świetna baza wypadowa do wielu atrakcji kotliny kłodzkiej. Bez zadęcia, bez tandety, doskonale miejsce na oderwanie się od szaleństwa codzienności i wyciszenie:) Będąc gośćmi pałacu wspieracie jego rewitalizację. z pewnością wrócimy! robicie świetną robotę, keep it going :) Pozdrawiamy, Pat & Kam ”

Zdaniem Slowhopa: Póki co do dyspozycji gości są cztery apartamenty i imponujący, czterohektarowy park z ogrodami rozciągniętymi na czterech tarasach. Jeśli tylko będzie okazja porozmawiajcie z gospodarzem o jego pasjach, odkryciach i technikach konserwatorskich. Idealne miejsce dla miłośników staroci i historii - dostaniecie oczopląsu. Tu zapraszamy tylko dorosłych.

Ściągajcie czapki z głów, bo oto prawdopodobnie jedyna w Polsce, a na pewno jedyna na slowhopie, dawna szkoła parafialna, w której można spać i to niekoniecznie odmawiając zdrowaśki. Popadający w niełaski czasu dom, z przełomu XIX i XX wieku Piotr kupił od księdza w 2018 roku. Po jednej stronie sala katechetyczna, po drugiej dom organisty, wszędzie stare linoleum, resztki wyposażenia squatersów i zaolejowane na żółto ściany wołające o pomstę do nieba. Piotr porzucił więc stolicę dla Wlenia i zabrał się za ratowanie. Dziś jest tak, że drewniane podłogi nadal skrzypią niemiłosiernie, te same drzwi zapraszają do wejścia i okna też są stare, poniemieckie. W dawnej sali katechetycznej jest biały apartament a w mieszkaniu organisty dwa pozostałe. Ale dawne mury nie wypierają się swojej historii. Na ścianach wiszą święte obrazy, a jak dobrze się rozejrzyjcie znajdziecie, nawet oryginalny zapis nut kościelnej pieśni. Znalezione podczas remontu pod deskami, stare nuty niemieckiego organisty to pamiątka po byłym lokatorze domu. Ale podczas remontu znaleziono coś jeszcze: list z 1943 roku, w którym matka pisała do syna służącego w Wehrmachcie na froncie w Donbasie, list prawdopodobnie nigdy nie dotarł do adresata. Zobaczcie jak sztuka współczesna brata się z dewocjonaliami, dajcie zahipnotyzować się tapetom wprost z londyńskiej manufaktury Williama Morrisa, odkryjcie sztukę współczesnych polskich artystek i wpadajcie do Wlenia.  

„Opis zdecydował o wyborze miejsca, w drugiej kolejności zdjęcia, które oddały realia miejsca - urządzonego z pieczołowitością, przemyślanego w detalach i nieprzypadkowych przedmiotach, byliśmy zaopiekowani przez Panią Anię pysznym, różnorodnym jedzeniem, urzekła nas okolica, z potencjałem i historią, a wciąż jeszcze nie wydeptana turystycznie, miejsca to ludzie i ich energia - dziękujemy! ”

Zdaniem Slowhopa: Na miejscu, jeśli wyrazicie taką ochotę, o wasze kubki smakowe zadba Anna Komsta- autorka książki "Opowieści Stołu. Ze Wschodu na Zachód", mistrzyni kuchni kresowej i dobry duch U Organistów.

Nie sypiam byle gdzie. Kompendium niespiesznego podróżnika.

 

Myślisz może o Slowhopie offline? Albo prezencie, którego nie kupisz w zwykłym sklepie? Nasz przewodnik po slowhopowych 160 miejscach, zamkniętych w 19 pomysłowych rozdziałach, ma przynieść radość i inspirację. Jest pięknie wydany na ekologicznym papierze i chyba jako jedyny w Polsce opowiada o świadomym podróżowaniu. Naszym zdaniem - daje radę:)

-----> Tędy po książkę

I znowu Pałac, ale w nieco innym wydaniu. Kiedy Edyta i Ireneusz w 2005 roku trafili na Warmię w miejscu XIX wiecznego Pałacu zastali tylko stertę gruzu: puste oczodoły okien, dziurę zamiast dachu i wybrakowane ściany. Były majątk Wilhelma von Weitzla w Warlitach Małych powstał w drugiej połowie XIX wieku. Klasycystyczny pałac na planie litery H z imponującym parkiem założonym w 1894 roku wg projektu Johanna Larassa, w niczym jednak nie przypominał budynku z czasów swojej świetności. Zniszczony i zrabowany przez wojska radzieckie, niszczał przechodząc z rąk do rąk w ręce polskich osadników, którzy nigdy nie podjęli się jego renowacji. Metamorfoza trwała ponad 12 lat. Nie spodziewajcie się jednak podróży w czasie, bo Edyta zdecydowała się na miks tego co klasyczne i nowoczesne. Jest kino w piwnicy, nowoczesne wnętrza dopasowane do pałacowego stylu, uberywygodne materace, a koneserzy snu mogą wybrać sobie nawet poduszkę, na której spoczną po obfitej kolacji w ogrodzie. A właśnie: tu ważne jest jedzenie. Menu zmienia się co chwilę, więc można oczekiwać przyjemnej niespodzianki. Najpierw oczywiście szamanie oczyma, bo wszystko wygląda obłędnie pysznie. Potem koniecznie kąpiel w jeziorze i spa, czyli sauna i masaże nawet na pomoście. Ale uwaga, do takich warunków łatwo się przyzwyczaić. Żeby nie było, że nie uprzedzaliśmy.  

„Polecam Pałac Warlity w 100%. Przepiękne miejsce, w którym można całkowicie się zresetować. W szczególności polecam pakiet romantyczny dla dwojga. Niesamowita obsługa, przepyszne jedzenie, wspaniałe widoki, a przede wszystkim wszechogarniający spokój i cisza. Tego przeżycia nie da się opisać słowami. ”

Zdaniem Slowhopa: 12 eleganckich pokoi w Pałacu z nowoczesnymi udogodnieniami. Koniecznie wpadnijcie do kina w piwnicy, zaliczcie bujanie na hamaku nad jeziorem i pogadajcie z Edytą o historii tego miejsca. A nuż sami zechcecie ratować pałace?

Zaborek to w istocie nie jeden uratowany przed unicestwieniem budynek, a cały kompleks starej architektury drewnianej, które nad Podlaskim Przełomem Bugu zgromadzili Lucyna i Arek, rodzice Kasi - obecnej gospodyni Zaborka. Na 70ha zielonego pierwotnie stała tylko leśniczówka, stary spichlerz i wozownia. Dziś można spać w Wiatraku z 1923 roku, Bielonym Dworku pamiętającym jeszcze powstanie styczniowe, albo Starej Plebanii, a potem zajrzeć na szkolonko w zdesakralizowanym Kościele. A to nie koniec możliwości! W sumie na spanie zaadaptowano 6 budynków. I od razu mówimy - na miejscu jest mapka, która nie da się wam pogubić. Są też charakterystyczne dla tego rejonu przydrożne kapliczki i krzyże, oryginalne podlaskie specjały i prawdziwe nalewki, a na deser balia. No i wisienka na torcie - w Zaborku sypiał nawet basista Rolling Stones i wsuwał tutejsze racuchy. Jeśli to was nie przekona, to my już nie wiemy.  

„ Jeżeli ktoś uważa, że znalazł najpiękniejsze miejsce na Ziemi, a nie był w Zaborku - to śmiem uważać, że jest w błędzie ;) Cudowna atmosfera, wspaniali ludzie, przepyszne jedzonko (pierwszy raz miałam okazję spróbować regionalnego jedzenia i zdecydowanie wszystkie kluski tej części Polski - skradły moje serce! Polecam spróbować pierożków z miętą i orzechami!) i tyle atrakcji wokół, że nie wiadomo od czego zacząć ;) Jeszcze tutaj wrócimy! ”

Zdaniem Slowhopa: Okolice Janowa Podlaskiego, więc warto wpaść i zobaczyć z przewodnikiem. Czadowy plac zabaw dla dzieciaków jest na miejscu, ale w bezpiecznej odległości od zabudowań więc nie ma ryzyka, że małpi gaj przyćmi wam spokój. I koniecznie spacer po Uroczysku z Panem Arkiem w każdą sobotę o 10.00. Poza tym polecamy zachody słońca na molo nad zalewem i niestrudzone koncerty ptaków, które nadają tu jak oszalałe.

Gdyby domostwa miały swoje dowody, na wiek tego przecieralibyśmy oczy ze zdziwienia. Dom w Podgórkach pojawił się na Slowhopie całkiem niedawno, a już zauroczył pierwszych gości sędziwym wiekiem i różowymi drzwiami. Podgórki to jedna z najstarszych wsi w Górach Kaczawskich, w okresie jej świetności postawiono tu nawet pałac (nadal stoi), a dawna gospoda to dzisiejszy dom sąsiada architekta. Marek kupił dom nie znając jego pochodzenia. Dopiero remont odkrył ukrytą pod boazerią datę: Anno Domini 1794. Czyli jak w mordę strzelił 220 lat. Dom zbudowano w popularnym w tamtym okresie stylu Tudor, z charakterystycznymi belkami na fasadzie i spadzistym dachem. Dziś o wieku chaty przypominają drewniane podłogi, a miejscami bardzo niskie stropy. Ale spokojnie, wysocy nie muszą kulić się wszędzie. Na piętrze w 4-metrowym salonie można wyciągać kości ile wlezie. Są też: kominek, piękny wykusz z panoramą z zieleni i turkusowy stół, na którym wszystko smakuje jakby lepiej. 

Zdaniem Slowhopa: Wspaniałe miejsce na reset z widokiem na spacerujące krowy. I te różowe drzwi - prawie jak portal do innego świata. 

Mamy tu taką historię, że sami nie wiemy od czego zacząć. Może od tego, że podczas II wojny światowej, na terenie tego pałacu ulokowano instytut badawczy Luftwaffe. Albo tego, że mieszkał tu porucznik Branse, który zasłynął stworzeniem nowego gatunku ziemniaka. Oj sporo te mury widziały, ale spokojnie wszystko Wam opowiemy. Renesansowy pałac wzniesiony w 1451 roku przez Rampholda von Talkenberga ma w sobie potężne tomy historii. Na szczęście w 2007 trafił w ręce Małgorzaty, która przez pierwsze lata prowadziła w nim badania historyczne i archeologiczne, a dopiero potem zabrała się za remontowanie. Dziś o dawnych dziejach przypominają pamiątki po poprzednich lokatorach zgromadzone w sali muzealnej, ciężkie stalowe drzwi, imponujący kominek, malowidła samolotów na ścianach i tajemnicza winiarnia w piwnicy. Ale jest tego znacznie więcej. Małgosia to żywa encyklopedia historii tego miejsca, spytajcie, chętnie Wam opowie. Nie spodziewajcie się pałacowych wnętrz ociekających luksusem, bo tutaj w sposób niemal namacalny doświadcza się historii. Renowacja nadal trwa, a że jest to mrówcza robota pochłaniająca monstrualne kwoty, to pewnie prędko się nie skończy. Na fanów podróży w czasie czekają dwa odnowione apartamenty, sauna, letni basen i 3ha zieleni.  

„Miejsce z charakterem, wyjątkowe w skali kraju - pełne fascynujących zakamarków, pięknie położone, jest świadectwem wielkiej pasji i determinacji właścicielki przywracającej do życia ten piękny pałac. To nie jest miejsce dla spragnionych luksusów i wygód rodem z pięciogwiazdkowych hoteli - i całe szczęście! Między innymi dlatego to miejsce zostanie w pamięci na długo.

Zdaniem Slowhopa: Wpadajcie z dzieciakami - będą zachwycone zabawą w książęta i księżniczki. Można zabrać pieska.

O Dworze Dawidy pisaliśmy tyle, że wytarła nam się literka D na klawiaturze. Tutaj też wspomnimy, bo to jedna z najbardziej imponujących historii przywracania świetności temu co prawie zabrał czas. Gospodarz to prawdziwy pasjonat, podróżnik z mocą odżywiania historycznych ruin. Kiedy nie grzebie w starych budynkach, podróżuje po Afryce i przynosił z nich wspaniałe opowieści. Dworek zaprojektował w 1720 roku Johann Caspar Hindersin, architekt rodu Dohnów, jednego z najważniejszych rodów pruskich tamtych czasów. Budynek pełnił wówczas funkcję pałacyku myśliwskiego, był miejscem spotkań towarzyskich, ale także “domem wdów” zamieszkiwały go bowiem samotne kobiety rodu. Ostatni gospodarz z Dohnów opuścił dwór w 1945 roku. Po wojnie budynek przejęty przez PGR podupadał. W ręce obecnego gospodarza, Jana Kozłowskiego, dwór trafił w 2008 r., a jego remont zajął 5 lat. Dziś zachwyca wnętrzami inspirowanymi Prowansją i Marokiem, do którego gospodarz jeździ od lat. Są ręcznie szkliwione płytki z Maroka, dużo drewna, naturalne materiały oraz ręcznie robione meble. I właśnie, jeśli lubicie wanny na nóżkach to tu je znajdziecie. Do tego wspaniała kuchnia, o której krążą legendy i cała masa chlorofilu w ogrodzie.  

„Nie ma skali, która odda klimat tego miejsca :) Odpoczywamy nawet jak przypomnimy sobie, że tam byliśmy. Okolica sprzyja oderwaniu się od deadline'ów, feedback'ów i asap'ów - chill i zen, przyroda, cisza. Samo miejsce dopracowane wystrojem w każdym szczególe, przestronne apartamenty, każdy inny i 4ha przestrzeni wokół, dziecko biega na łące, w lesie... Tyle o miejscu, a teraz ludzie: serdeczni, pogodni i pomocni. Śniadania i obiadokolacje - pycha. Nie ma problemu jeżeli nie jesz mięsa ponieważ Panie szaleją w kuchni na bieżąco i czarują tak smacznie, że wróciliśmy przyjemnie podtuczeni :) Nie zastanawiać się, rezerwować!

Zdaniem Slowhopa: Kameralny Dworek na Warmii dla dużych, małych a nawet dla piesków. Dwór Dawidy sąsiaduje z Rezerwatem Przyrody Lenki, więc okolice magiczne na niekończące się spacery. Świetne miejsce na wesele. I Gospodarz, który sypie opowieściami z rękawa.