13 pomysłów na niebanalne gastropodróże po Polsce

Jeszcze WIĘCEJ niesamowitych miejsc, w których zjesz inaczej niż zwykle


Artykuł przygotowany we współpracy z
     

 

Co ty wiesz o kuchni, Bogusławie Lindo, jeżeli nie jadłeś kurczaka w arbuzie z ogniska. Nic nie wiesz, Johnie Snow, o gotowaniu jeśli nie próbowałeś kuchni prymitywnej. Komu smażony w głębokim tłuszczu robaczek chrupiący aż miło albo ślimaczek z masłem czosnkowym do świeżej bagietki? Polska to nie tylko schaboszczak wielki jak kapelusz i kartofle z koperkiem u teściowej na obiedzie. O nie, drodzy państwo, mamy zdecydowanie więcej fantazji!

Przetrznąsnęliśmy kulinarną mapę Polski, żeby znaleźć wszystko inne. Inaczej podane, inaczej przyrządzone przez ludzi, dla których mieszanie w garach to sposób na życie. Nie mamy tu miejsca na pokazanie wszystkich, ale kilka namiarów zapiszcie w notatniczkach, jeśli gastroturystyka to coś, do czego biją wam serca.

Advertisement


Patrycja Walter zwana też Fire Chief, wydała książkę o kulinarnych rozkoszach z ognia, zawierającą przepisy na mięsne i bezmięsne dania. I tę lekturę bardzo Wam polecamy. Szefowa kuchni i kulinarna artystka zajmuje się kuchnią prymitywną, a więc taką, w której używa się żywego ognia, zajmuje się od 3 lat. Po składniki nie trzeba wysyłać odrzutowca, bo Patrycja stawia na proste przepisy, które nie odstraszą amatorów gotowania. Wrzuca na ogień wszystko co wpadnie jej w ręce, a jej dania to często wariacje na temat śląskiej kuchni: polewka na maślance z grzybami, krupniok pieczony w chlebie z kapustą kiszoną, ale też dania inspirowane podróżami i kuchnią innych narodów. Arbuz z ogniska? Proszę bardzo. Miejcie jednak na uwadze, że ten rodzaj mieszania w garach, wymaga czasu i cierpliwości - nastawcie się więc na celebrację nie tylko posiłku, ale i całego procesu gotowania. Patrycję, która gotuje w ogniu cały rok, spotkacie na dwóch ważnych wydarzeniach: Żar Wino na Dolnym Śląsku i Dzikich Stołach w Beskidzie Niskim, o których piszemy też niżej. Warto też wpadać na jej Facebooka, gdzie informuje o ważnych wydarzeniach ze swoim udziałem (ale nigdy na głodnego). Smacznego!

Zdaniem Slowhopa: Zapytaliśmy Patrycję o najbardziej imponujące danie z ognia. Bez wahania wskazała na kurczaka pomidorowo- śliwkowego pieczonego w arbuzie. Dobrze czytacie - w ARBUZIE. Wydrążony owoc faszeruje się wcześniej przygotowanymi pałkami z kurczaka z sosem, dopasowuje połóweczki i zbija gwoźdźmi. Potem fru do ognia, godzina w żarze i gotowe. Można bez większych wygibasów zostać master chiefem jednego dania. 

Na wstępie wyjaśnijmy: to nie jest miejsce, w którym można nocować (więc nie znajdziecie go na Slowhopie). To jest miejsce, do którego trzeba pojechać na degustację serów typu fermier, czyli serów farmerskich, wytwarzanych ręcznie, tradycyjnymi metodami i bez użycia środków chemicznych. Są wśród nich sery dojrzewające i gratka: autorski ser dżersejowy blue, z niebieską pleśnią. Zapiszcie sobie, zapamiętajcie nazwę i jak tylko będziecie na Mazurach - zajrzyjcie tam. Sery produkowane przez Sylwię i Rusłana zbierają oklaski i zachwyty nie tylko w Polsce. Na pytanie jak oni to robią, odpowiadają: staramy się żeby nasze zwierzęta miały dobre życie. Do stada należą najmniejsze krowy na świecie: rasy Jersey, oraz kilka owiec wschodnio-fryzyjskich. Zwierzęta korzystają z bogatych pastwisk, żyją w zgodzie z naturą i pławią się w swoim owczym i krowim szczęściu. Może właśnie stąd bierze się smak serów, w którym, jak powiedział znawca, wyczuwa się smak mazurskiej łąki. Do tego wszystkiego dochodzi ukryty (choć coraz mniej) talent Rusłana, który pięknie włada pianinem i przy odrobinie szczęścia można załapać się na mały recital w jego wykonaniu w sali degustacyjnej. I jeszcze: przy degustacjach Rusłan opowiada nie tylko o serach i zwierzętach. Pogłoski o jego opowieściach wybiegają już daleko poza Mazury.

Zdaniem Slowhopa: W pobliżu Rancza Frontiera nie brakuje miejscówek Slowhopa - rzućcie okiem na naszą mapę. Najbliżej są: Siedlisko Niedziela, Dzikie Historie Młynik, 83 Bredynki i Apartamenty Szelągówka

Ta idea porwała nas jak ten kawałek Cypisa w wykonaniu tajwańskiego kaktusa. Wyobraźcie to sobie: wędrujecie po szlakach wciąż dzikiego Beskidu Niskiego, słońce, zieleń, cisza dokoła. I wtedy, kiedy zwykle wyciągnęlibyście bułę z plecaka, może mały kabanos i dynamiczne dopchnięcie przełyku batonem, Waszym oczom ukazują się suto nakryte stoły. Dryfują między nimi wielbiciele bigosu z suszonymi podgrzybkami i pożeracze warzyw z przydomowego ogródka. I to naprawdę tak wygląda. Zwykle dwa razy do roku miłośnicy prostej, opartej na lokalnych składnikach kuchni spotykają się gdzieś za strumieniem, na polanie lub obok cerkwi i organizują knajpę pod chmurką. Czynną cały dzień, ale tylko jeden. Trafiają tu poszukiwacze regionalnych smaków i prostego, swojskiego jedzenia. Kupuje się bilet wstępu i można podjadać cały dzień. Na rusztach i nad ogniskami gotują lokalni kucharze i gospodarze beskidzkich agroturystyk. Po wszystkim wskazana sjesta na trawnikach.

Zdaniem Slowhopa: Najczęściej Dzikie Stoły organizowane są w okolicach maja i września, ale polecamy zaglądać na stronę Towarzystwa z Beskidu Niskiego na Facebooku by być na bieżąco i to nie tylko ze Stołami, ale też innymi, czadowymi wydarzeniami organizowanymi przez Towarzystwo z Beskidu Niskiego (warto!).

Najwyższa pora na deser. Cukiernikiem jest Sylwia, a domem - liczące sobie grubo ponad dwa wieki gospodarstwo w Dolinie Bobru. Rodzina Sylwii ma smykałkę do ogrodnictwa i można powiedzieć, że ona sama wyniosła tę pasję na jeszcze wyższy poziom: tworzy kwiaty, które lądują na tortach. Takie maślane dzieła sztuki. Maleńka manufaktura Sylwii - Torty z Mojesza - wypuszcza w świat torty ślubne. Płaczesz jak kroisz. Ale trzeba, bo środek powoduje porządny zastrzyk szczęścia. I choć Sylwia zaopatruje w torty ślubne pół Polski, to po Slowhopie krążą już legendy o ptysiach i ciastach z owocami, którymi Sylwia dopieszcza swoich Gości. Jej skrzydłowym jest Jan - mąż, Duńczyk i spec od śniadań i autor najlepszych duńskich bułeczek, jakie zniknęły w naszych gardzielach. Jan sprawia, że Dom Cukiernika pachnie świeżo wypiekanym chlebem i bułkami, a poranek można zacząć od zaskakiwania kubków smakowych. Śniadania są bowiem miksem dolnośląsko-duńskim: zjecie sery z Bystrzycy i wędliny z Siedlęcina, ale też duńskie śledzie na słodko, kawior i sos remoulade. 

„Jeśli szukacie spokoju, ciszy, ciekawego wnętrza, miłych przyjaznych ludzi... gorąco i serdecznie polecamy. To dla nas najważniejsze atuty do wypoczynku. Oczywiście jeśli jeszcze dodać do tego wspaniałe śniadania i obiadokolacje z nutą skandynawską... to to miejsce jest strzałem w dziesiątkę na błogi odpoczynek. Wisienką na całości tego wszystkiego są jeszcze desery.“<3”

Zdaniem Slowhopa: Dom Cukiernika jest w trakcie rozbudowy, więc niebawem będzie tam więcej pokoi. Na razie są dwa apartamenty, każdy dla 4 osób. Nam podoba się też wyraźna reprezentacja zwierząt w gospodarstwie: są barany, kozy, kurki, psy i koty. Podobno domagają się czułości.

Umówmy się - znaleźć dobre źródło szamki dla wegetarian i wegan, to nie jest orkiszowa kaszka z owsianym mleczkiem. Wojtek długo szukał na Podlasiu dobrych knajp z jarskim jedzeniem, aż w końcu westchnął i zabrał się za to sam. Nadbużański Dom to raj dla roślinożerców i przykład takiej współpracy międzypokoleniowej, że powinna dostać dotacje z Unii i wsparcie kilku agend ONZ.  Gotuje babcia, gotuje Wojtek i bywa, że gotuje jego syn. Składniki oczywiście ekologiczne, swoje i lokalne, bo jakżeby inaczej. Własnoręcznie przygotowuje się tu przetwory, konfitury i tłoczy się oleje. Autorskie menu zmienia się w zgodzie z kalendarzem, brakuje tylko wiekowego staruszka na progu, który mówi "Czego Wy tu nie zjecie i czym nie popijecie!". Wojtek jest pasjonatem nalewek i podobno robi je lepiej niż Gordon Ramsey przegrzebki. Gordon ma bowiem tylko jeden przepis na przegrzebki, a Wojtek zna 24 smaki nalewek i wciąż powstają nowe. Do listy kulinarnych cudów dopiszcie jeszcze jeden projekt Wojtka: festiwale tematyczne. Jest między innymi Festiwal Szparagów, Festiwal Pomidora i Festiwal Ziemniaka. Główny bohater takiego wydarzenia, szparag, ziemniak czy pomidor, przechodzi metamorfozę jak Steve Rogers w "Kapitan Ameryka: Pierwsze Starcie" i staje się czymś więcej niż zwykłym warzywem. Staje się Avengersem kuchni, zwycięzcą stołu, bohaterem konferencji prasowej, a pytania dostaje od CNN! Powstają z niego dania, które stereotypom łamią karki. Powiedzielibyście coś takiego o pomidorze?

„“(...) Jedzenie siódme niebo. Wojtek chętnie doradzą co zwiedzić. Dzięki niemu poznaliśmy kawałek Podlasia. Całym sercem polecam!“<3”

Zdaniem Slowhopa: Jest w naszej ekipie co najmniej jedna fanatyczka Nadbużańskiego Domu i my się wcale jej nie dziwimy. Poza kuchnią można się zachwycić samym domem i niezwykłym podlaskim klimatem. Jeśli lubicie smacznie, różnorodnie i kolorowo - wpadajcie koniecznie.

Kielichy w dłoń i lecimy na Roztocze po leciutki rausz. Dlaczego tutaj? To polska stolica wina - nigdzie w naszym kraju nie ma tylu słonecznych dni, co tu. A w Dworze Sanna umieją ten atut wykorzystać w 110%. Winogrona w spokoju chłoną energię słoneczną, a potem z niemałą pomocą ludzkich rąk zamieniają się w wielokrotnie nagradzane butelki słodkiego, musującego Johannitera albo półwytrawnego Seyval Blanc. Co więcej, możecie się dowiedzieć jak to się dzieje, bo winnicę można (i trzeba) zwiedzać. Jeśli więc czujecie, że jeszcze nie jesteście ekspertami od (teorii) wina, a macie w sobie niepohamowane pragnienie wypowiedzenia zdania: “mmm, czuję nutę dojrzewających na południowym stoku winogron szczepu muscaris” to oprowadzanie jest opcją must-do. Hasła przewodnie winnicy, dworu i tutejszej restauracji to ekologia, miłość do zwierząt (jest ich tutaj cała setka) i poszanowanie przyrody. Wszystko, co tu zjecie jest naturalne, wyhodowane na własnym podwórku lub kupione od innych miłośników przyrody z okolicy. I tu polecamy szczególnie sery, bo naszym skromnym zdaniem niewiele jest na świecie tak wspaniałych duetów jak wino i ser. A o ten ostatni dba stado owiec, szczęśliwie pasących się na tutejszych wzgórzach pod okiem kumpla psa. Lepiej być nie może.

„Piękna okolica pełna zieleni, miła atmosfera, obsługa przyjemna i pomocna. Jedzenie w dworkowej restauracji naprawdę pyszne. Świetni właściciele, którzy są obecni, dbają o gości, służą pomocą i można z nimi porozmawiać. Cudowne zwierzęta i winnica, którą warto zwiedzić.“<3”

Zdaniem Slowhopa: Kleopatra miała całkiem niezły pomysł z tymi kąpielami w mleku, ale w Dworze Sanna ogarnęli ten temat lepiej - proponują kąpiel winną. To nie jest jedyny zabieg czerpiący z supermocy winogron - pytajcie o opcje miejscowego spa i chłońcie winko całym sobą.

Wiecie, że na 1 cm sękacza potrzebne jest 1 jajko? To oznacza, że na prawdziwy sękacz, wypiekany technologią produkcji, identyczną jak w XIX wieku, przypada 40 jaj! Do Zagrody Kuwasy warto wpaść nie tylko na degustację tego smakołyka, ale także po to by uczestniczyć w niesamowitym procesie jego wypiekania. Specjalny dębowy wałek polewa się ciastem i kręci, kręci, kręci tuż przy ognisku. Na pogadanki macie dwie godziny, bo tyle mniej więcej trwa jego pieczenie, a w zasadzie wędzenie. Ci, którzy oczekują miękkiego smakołyka z posypką z Emulgatorów i innych E-substancji, od których potem dzieci świecą w ciemnościach, srogo się zawiodą. Prawdziwy sękacz jest zbity, a jedyną substancją spulchniającą ciasto jest białko z jajek. Kuwasowy Sękacz został doceniony w konkursie na smaki regionu, jako potrawa odzwierciedlająca stary, autentyczny przepis. Mało tego - dzięki starej technologii wytwarzania, czyli w zasadzie wędzenia na ognisku (a nie pieczenia) zachowuje świeżość nawet przez 6 miesięcy! Ale na sękaczu nie kończą się podlaskie przyjemności. Wpadajcie do Kuwasów, byle nie na diecie. Polecamy przyjechać furą i zapchać ją później słoikami z kuwasowego sklepiku.

„Dawno tak nie wypoczęłam jak w Zagrodzie. Bardzo miła obsługa, właścicielka krążąca wokół gości, ale na pewno nienachalnie, wyczuwa jak ktoś chce sobie popatrzeć samotnie przez 2 godziny w kominek stojący w głównej jadalnio/bawialni. Ta sala to w ogóle fajne miejsce, na środku stół z przepysznym jedzeniem, wokół stoliki, jest i kominek i bar. Dzieci biegają, rodzice piją sok z buraka, albo brzozy albo wino:), czułam się tu bardzo swobodnie. Pokoje czyste i ładne, widok z okien boski nawet przedwiośniem. Wokół zagrody mnóstwo rzeczy do zrobienia, udało się tylko kilka, wiec na pewno wrócę chociażby po to żeby zobaczyć łosie.. tym razem nie wyszło, za dobrze się spało… “<3”

Zdaniem Slowhopa: Przed przyjazdem wypytajcie o warsztaty kulinarne dla dużych i małych- a nuż załapiecie się na pichcenie pod okiem specjalistów. Oprócz strawy polecamy także ciemne niebo nad Kuwasami- to tutaj, w pobliżu Biebrzańskiego Parku Narodowego znajdziecie najlepsze warunki do obserwacji rozgwieżdżonego nieba, w tej części Polski.

Kasia i Bartek to jak dla nas absolutni wymiatacze w kategorii kuchni eksperymentalnej. Sami mówią o sobie, że mają kompletnego slow hopla na punkcie gotowania. Widać to w najdrobniejszych szczegółach Latosowego menu. Nie ma tam przypadków. Gdyby spisać to, co robią sami zanim postawią na stołach lista byłaby dłuższa niż napisy końcowe “Titanica”. Gotują z własnych warzyw i owoców, robią sery z mleka od swoich kóz, podają miód z własnych uli, dżemy ze spiżarni, domowe wędliny, pikle, kiszone kalafiory, ogórki i kabaczki. Uwielbiamy to, że w Latosowie proces jedzenia można zacząć od pójścia na łąkę. Bartek podpowie Wam co nada się do sałatki, a z czego lepiej ugotować zupę. Może spróbujecie gniazd podagrycznika, potrawki z żółtlicy z jajkiem, sałatki z młodych pędów chmielu albo chłodnika z pomidorów na kozim kefirze. A co odważniejszym zalecamy próbę ognia: zupę z chrząszczy majowych. Podobno smakuje trochę jak grzybowa (jeszcze nie próbowaliśmy. Jeszcze).

„Latosowo to miejsce, które bez pasji gospodarzy nie byłoby tym czym jest. A jest agroturystyką, która wychodzi poza utarte schematy. Gospodarze nie tylko przygotowują nietuzinkowe jedzenie czy nalewki, ale w każdym calu dbają o Twój komfort, są kontaktowi i pomocni. Z pewnością także pracowici, bo tak wiele rzeczy robią sami... Na miejscu jest wszystko do wygodnego odpoczynku, a z kolei najbliższa okolica to łąki i lasy, a niedaleko jest także nad Bug. Sielskie wakacje gwarantowane. Polecamy!”

Zdaniem Slowhopa: W Latosowie można się wiele nauczyć, więc jeśli w temacie jadalnych chwastów jesteście zieloni – jedźcie, jedzcie i chłońcie wiedzę od Kasi i Bartka. Ich gospodarstwo to agroturystyka w pełnym wydaniu, niemal samowystarczalna (także w kwestii rozrywek) i zlokalizowana dokładnie pośrodku niczego.

Owce i krowy są spoko, nie ma jak kozy. Małe kozy to spece od akrobatyki, a te dorosłe wlezą już dosłownie wszędzie i zeżrą dosłownie wszystko. Na Koziej Farmie można prowadzić bardzo zaawansowane obserwacje tych talentów, bo mieszka tam aż 140 osobników. Mają tu jak w kozim hotelu z pięcioma gwiazdkami: żyją w zgodzie z naturą, karmione są ekologiczną karmą wytwarzaną na farmie i mają pełną swobodę – mogą wychodzić z zagrody na łąki, kiedy tylko mają na to ochotę, niezależnie od pory roku. Efektem ubocznym takiego koziego szczęścia są pyszne i zdrowe sery. Na farmie organizowane są degustacje, a śniadania są tutaj ważnym rytuałem: powoli próbuje się koziej ricotty, wędzonych złotników i twarożku. Na miejscu są tylko dwa pokoje gościnne, więc na pewno będzie kameralnie, bez tłumów i pośpiechu. Slow food w pełnym wymiarze.

„Wspaniałe miejsce. Prawdziwa agroturystyka z duszą. Można zaprzyjaźnić się z kózkami, spróbować robionych na miejscu wyrobów (sery, chleby) oraz zjeść owoce prosto z krzaka. Półtoraroczna córeczka była zachwycona zwierzątkami :) “

Zdaniem Slowhopa: Przy odrobinie szczęścia możecie załapać się na spacer z kozami, albo podejrzeć produkcję sera “od kuchni”. Przede wszystkim polecamy jednak terapeutyczne obserwacje kóz i samo przebywanie w ich towarzystwie.

A teraz mięsko. Jeśli nie akceptujecie jedzenia mięsa, to przerzućcie wzrok do kolejnego miejsca. Kierunek Warmia, bo tam, w malutkiej wiosce Wielka Huta, Monika prowadzi agroturystykę, w której pierwsze skrzypce gra jedzenie, a konkretniej- mięso. Ale od początku. Najpierw była słoneczna Sardynia i zakład renowacji mebli, potem małe gospodarstwo na własne potrzeby. Dziś razem z nią mieszka pokaźne stado owiec kameruńskich, kóz i krówek rasy Simental oraz kaczki, kury, gęsi, psy i koty i wy też możecie. Monika w myśl zasady “wiem co jem” postanowiła wziąć karmienie we własne ręce. Jak sama nazwa wskazuje - wszystko co ląduje na talerzu w agroturystyce Z Pastwiska na Talerz ma jasne źródło pochodzenia. Żadnych małych literek, rozmazanego druku, żadnych ulepszaczy. Zwierzęta hasają wolno, mięso nie jest produkowane na półkę i nikomu nawet nie przyszło tu do głowy, by marnować jedzenie, albo tworzyć nadprodukcję. Monika stara się karmić i dzielić tym co sama wyhoduje, zbierze albo złowi. Na talerzach lądują wyłącznie niepryskane warzywa i mięso z własnej hodowli: wołowina po Burgundzku, combre jagnięce z grilla, pastwiskowy stek albo zupa gulaszowa. Goście stękają z zachwytu i wracają po więcej. Po tych kulinarnych doświadczeniach ciężko wam będzie przełknąć marketowe jedzenie - i tego wam życzymy.

„Wspaniałe miejsce! JAK TU KARMIĄ, mistrzostwo świata. Można wygłaskać psy i koty, zaliczyć bliskie spotkania z indykami i gęsiami, a po wyjściu w pola - z sarnami, zającami itd. Pani Monika chętnie opowiada o okolicy, swoich zwierzętach, a jak się człowiek zasiedzi na zewnątrz, to zaproponuje że nakryje na obiad tam, gdzie się siedzi albo przyniesie świece. Na miejscu można też kupić wina i rozsiąść się na zewnątrz albo w ogrodzie zimowym. No i to sa bardzo dobre wina, bo jak to powiedziała Pani Monika, sprzedaje wina, które sama pije. Już zapowiedzieliśmy powrót w przyszłym sezonie! “<3”

Zdaniem Slowhopa: Agroturystyka posiada certyfikat Ekologicznego Gospodarstwa i tytuł Dziedzictwa Kulinarnego Warmia Mazury Powiśle. Wpadajcie z dzieciakami, będą zachwycone wolno hasający zwierzakami i ilością futra do wytarmoszenia. Ps. Miejcie na uwadze, że gospodarstwo to ciężka harówa, a Gospodyni nie zawsze może mieć czas, żeby zabrać Was na mizianie kóz albo jajozbiory. Bądźcie wyrozumiali, bądźcie gościem, nie klientem. 

Głodni? Do stołu podano rydze. W Starym Domu Zdrojowym mają na ich punkcie totalnego bzika. Zdumiało nas co można zrobić z grzyba. W repertuarze: żur na kiszonych rydzach, cepeliny z rydzami, rydze marynowane po łemkowsku, rydze kiszone, smażone, marynowane, gęsie pipki, kreple, pascha i smalec, też z rydzami. A to dopiero początek! W lokalnej restauracji skosztujecie najbardziej wyjątkowych potraw z rydza, odznaczonych tytułem Dziedzictwa Kulinarnego Małopolski. Prorodzinna agroturystyka współtworzona przez mamę, córkę i liczne przyległości, ugości Was prostotą i galicyjską serdecznością. Po wypełnieniu żołądka, można zapaść w głęboki sen w pokojach w białej willi ze stuletnią historią, a po drzemce na drugą nóżkę. Torty, torciki, półfrancuskie rogaliki, gluten wchodzi jak złoto, sorry Anna Lewandowska. I koniecznie zaplanujcie wizytę jesienią - kiedy to odbywa się absolutnie wyjątkowe Święto Rydza w Wysowej Zdroju, współorganizowane przez Stary Dom Zdrojowy. Można napchać brzuch rydzami tak, że zmienicie się w grzyba. W przerwie od wsuwania polecamy zajrzeć do pobliskiej pijalni wód. Tutejsze wody mineralne może nie pachną fiołkami, ale mają właściwości prozdrowotne (i zakładamy, że pomogą w trawieniu).

„ Jedzenie - marzenie, przygotowywane z dbałością o podniebienie gości, a także o wrażenia wizualne. A własne wypieki - raj dla zmysłów :-). Pascha, Fedora, torcik kajmakowo - różnany... Delicje...<3”

Zdaniem Slowhopa: Stary Dom Zdrojowy należy do stowarzyszenia Towarzystwo Beskidu Niskiego, które, wraz ze zrzeszonymi agroturystykami organizuje Dzikie Stoły. To powinno wystarczyć za rekomendację. Grzybiarze - zapiszcie ten adres.

Co powiecie na sielskie bistro w małym, warmińskim siedlisku? Pakujcie brzuchy i wklepujcię w nawigację Stękiny. W sezonie letnim, w każdy weekend, w sąsiedztwie jezior i wiekowych jabłoni, tuż obok starej stodoły stoją nakryte stoły. Kierujcie się tam gdzie głośno i radośnie, bo jedzenie na świeżym powietrzu, to nie pięciogwiazdkowa knajpa, w której nie wypada trzaskać sztućcami. Aga dokładnie rok przekonywała Tymka, że pomysł na bistro pod chmurką, wcale nie aż taki znów szalony. Nikt nie spodziewał się tłumów, tymczasem pierwszego dnia obsłużyli 80 gości. To był znak, że wysiłek się opłacał. Dziś, żeby zasiąść przy stole w Republice, trzeba zrobić rezerwację i grzecznie ustawić się w kolejce. Tymek gotuje smacznie, sezonowo, wegetariańsko i na łonie natury. Sezon i kartę dań dyktuje przyroda. Jak czerwiec to tort z truskawkami, jak sierpień to kurki i słodkości ze śliwkami. Wszystko zebrane od lokalnych dostawców i podane pod chmurką. Kiedy pogoda kaprysi impreza przenosi się do stodoły i wierzcie nam, że tam też jest pięknie. W skrócie slowfood i slowlife w najlepszym, warmińskim wydaniu.

Zdaniem Slowhopa: Bistro w Republice jest czynne od maja do końca sierpnia. W sezonie w stodole organizowane się także koncerty (polecamy śledzić ich Facebooka o tutaj). Nie wyjeżdżajcie bez skosztowania chłodnika z botwinki- oszalejecie ze szczęścia.

Al fresco dining wersja Mazurska! Jeśli jeszcze nie słyszeliście o tym projekcie mocno nadstawcie uszy. Oto na polanach mazurskich lasów, w każdą wakacyjną sobotę organizowane są leśne uczty. Nie jakieś tam pitu pitu tylko pięciogodzinne szamanie w towarzystwie drzew i ludzi, którzy wiedzą jak rozpieścić podniebienie. Na talerze wjeżdża wędzony węgorz opalany ogniem podawany z cukinią, oliwą sosnową i parmezanem, kaszotto ze świeżymi ziołami i kurkami i dziczyzna zawijana w młodą kapustkę – a to tylko kilka przykładów tego czym pogłaskacie brzuszki. Kuchnia inspirowana lasem to nie tylko ekologiczne i zdrowe produkty, ale także jadalne rośliny, kwiaty i drzewa, których na co dzień w kuchni raczej mało kto używa. Jest więc oliwa sosnowa, żel świerkowy, pokrzywa, szczawik zajęczy i miododajna wiązówka błotna. Wszystko wkomponowane w posiłki i spożywane w naturalnym otoczeniu. I uwaga - oprócz leśnych uczt w ramach projektu Las Raz organizowane także inne wydarzenia- leśne spacery edukacyjne, leśne warsztaty oraz joga i pilates w lesie. Polecam śledzić Instagram i stronę leśnego lasu by niczego nie przegapić

Zdaniem Slowhopa: Pomysłodawczynią leśnej kuchni jest dziennikarska, fotografka i autorka książek kulinarnych- Agnieszka Żelazko, zaś w leśnej kuchni szefuje Ewa Michalska, którą poza ucztami w lesie możecie spotkać także w kuchni w Dzikie Historie Młynik (wersja ze spankiem do zarezerwowania na Slowhopie o tutaj). Leśne uczty odbywają się w czerwcu i lipcu w trzech lokalizacjach. Każdy uczestnik dostaje mapkę miejsca zbiórki z którego jest kierowany na właściwą polanę. Polecamy też rzucić okiem na artykuł o jadalnych chwastach, dostępny w tym miejscu.

Partnerem wpisu jest     

 

mBank i Slowhop mają podobne zdanie na temat potrzeby odkrywania rzeczy nowych, leżących nieco dalej od głównego szlaku. Dlatego w serii artykułów zapraszamy Was do odważnego przecierania nieznanych dotąd szlaków i wejścia na nie z nieco większą intensywnością. Wierzymy, że oddech od codziennego zgiełku, bliskość natury i głębsze relacje pozwalają dostrzec wokół więcej prawdziwego piękna.
Więcej o mBanku i jego pakiecie Intensive dla tych, którzy nie przestają odkrywać, dowiesz się tutaj.